Opinie

Albin Głowacki: Sowieckie podręczniki szkolne nie przysłużyły się indoktrynacji dzieci polskich zesłańców

17 września 1939r., łamiąc obowiązujący polsko-sowiecki pakt o nieagresji, Armia Czerwona dokonała inwazji na teren Rzeczypospolitej Polskiej. W wyniku tych wydarzeń ziemie wschodnie II RP zostały wcielone do ZSRR, a część z nich nigdy nie wróciła do Polski. Rozpoczęła się fala represji reżimu stalinowskiego wobec mieszkańców tamtych terenów. Więzienia i areszty zapełniły się „wrogami ludu”, a setki tysięcy innych osób zostało w latach 1940-1941 przymusowo wywiezionych w głąb terytorium okupanta. W rocznicę agresji sowieckiej na Rzeczpospolitą Polską publikujemy fragment książki wydanej nakładem Wydawnictwa Uniwersytetu Łódzkiego „Na pomoc zesłańczej edukacji. Działalność wydawnicza Komitetu do spraw Dzieci Polskich w ZSRR (1943-1946)” prof. Albina Głowackiego.

Na podstawie dostępnych materiałów archiwalnych NKWD można stwierdzić, że z okupowanego przez Sowietów terytorium II RP wywieziono w głąb ZSRR w czterech masowych deportacjach (w okresie od lutego 1940 r. do 22 czerwca 1941 r.) ponad 320 tys. obywateli polskich. Znaleźli się tam oni w dramatycznie trudnej sytuacji życiowej. Niesprzyjający klimat, wyczerpująca, przymusowa i nisko opłacana praca fizyczna, bardzo prymitywne warunki lokalowe i sanitarne, permanentne kłopoty aprowizacyjne, głodowe wyżywienie, brak opieki medycznej i lekarstw, nieznajomość miejscowego języka, obce kulturowo środowisko, wrogie początkowo nastawienie tamtejszej ludności do przybyszów z „pańskiej Polski”, oddalenie od większych skupisk ludzkich i od linii komunikacyjnych, znikomy kontakt ze światem zewnętrznym, nadzór ze strony NKWD – wszystko to rzutowało na stan psychiczny i fizyczny zesłańców, na ich postrzeganie rzeczywistości i ocenę szans odmiany losu.

(…)
Na wcielonych do ZSRR wschodnich ziemiach II Rzeczypospolitej trwał wzmożony proces unifikacji i sowietyzacji. Dotarcie dzieci polskich na miejsca przymusowego osiedlenia obligowało tamtejszą administrację terenową do objęcia także ich nauczaniem szkolnym. Najpierw jednak należało zewidencjonować dzieci podlegające obowiązkowi szkolnemu, a następnie zapewnić im naukę w języku rosyjskim w miejscowych placówkach oświatowych. Tam, gdzie one nie istniały, polecono wykorzystać do tego kluby, świetlice i „czerwone kąciki”, a z myślą o przyszłości – zaplanować ewentualną budowę odpowiednich obiektów.
(…)
Dramatyczne realia wegetacji zesłańców sprawiały, że ważniejsze niż sprawy oświaty było dla nich to, jak przeżyć kolejny dzień. Dzieci, by wspomóc skromne „budżety” rodzinne, musiały więc podejmować najrozmaitsze prace fizyczne, zwłaszcza w lasach, w rolnictwie, w hodowli i transporcie. Zajmowały się też handlem wymiennym, przygotowywały opał, sprawowały opiekę nad młodszym rodzeństwem i nad chorymi, zbierały leśne runo, robiły podstawowe zakupy, a nawet żebrały i kradły. Jeśli twardo egzekwowano obowiązek nauczania, szły do miejscowych szkół, gdzie początkowo było im bardzo trudno. Ze statystyk NKWD wynika, że na dzień 1 października 1940 r. uczyło się 62% dzieci zesłanych osadników i uchodźców. Przyznać jednak trzeba, że ich edukacja w tychże szkołach była w zasadzie fikcją. Przede wszystkim niechętni jej byli rodzice uczniów, którzy zasadnie obawiali się ich wynarodowienia oraz sowietyzacji. Nie byli więc skłonni posyłać ich do obcej im szkoły, w której walczono z religią, gdzie nauczyciele wyśmiewali Polskę, gdzie obrażano patriotycznie nastawionych polskich uczniów i szydzono z nich z powodu niewładania rosyjskim.
(…)
Eugeniusz Wojnar, zesłany do obwodu omskiego (RFSRR), wspominał: „Od 1 września [1940 r. – A.G.] wszystkie dzieci obowiązkowo musiały iść do szkoły. [...] W domu, na tydzień przed pójściem do szkoły, miałem lekcje wychowawcze prowadzone na zmianę przez mamę, babcię i dziadka: Jesteś Polakiem i katolikiem. O tym wiesz dzisiaj i zapamiętaj do końca życia. Nikt cię nie zrusyfikuje [...]. Do szkoły musisz chodzić, bo każą, ale nie słuchaj, co tam mówią. To nie twoja szkoła. Twoja szkoła będzie tutaj, w domu”.

(…)
Czesław Steiner, zesłany do rejonu abanskiego w Kraju Krasnojarskim, wspomniał: „Pierwszą klasę zaczynałem cztery razy. [...] Chodziłem tak długo, jak [długo] dało się chodzić boso”. I z tego powodu już w październiku kończył swoją edukację szkolną. Helena Witos zanotowała: „Zimą chodziliśmy do szkoły [rejon wiszniowski, obwód akmoliński – A.G.], bo był przymus [...]. Po jakimś czasie nie mieliśmy obuwia, bo wyrośliśmy z niego przecież. Ja mówię: – My nie możemy chodzić do szkoły, bo nie mamy butów. Więc nam powiedzieli, że za »otlicznuju uczobu« [wzorową naukę – A.G.] [...] dostaniemy parę walonek. Chodziliśmy w nich na zmianę z bratem. Jednego dnia szedł brat, a drugiego dnia szłam ja”.
(…)
Dotkliwym problemem okazał się niemal zupełny brak dostępu do książek w ojczystym języku. W takiej sytuacji zesłańcy wykorzystywali do nauki wszelkie druki po polsku. Henryk Kuczyński przyznał po latach, że za elementarz służył mu modlitewnik: „Podczas aresztowania w czerwcu 1941 roku w Czarnej Wsi [rejon grajewski, obw. białostocki – A.G.] Mama zdołała zapakować dwie książeczki do nabożeństwa [...]. Na zsyłce często czytała różne modlitwy, pieśni kościelne. Książeczki służyły też do nauki polskich liter, później nauki czytania po polsku, jako przeciwwaga nauki rosyjskiego. Pod koniec pobytu na zesłaniu umiałem już czytać modlitwy”.
(…)
Polska nauczycielka – Ludwika Kuczewska – zwolniona z łagru po „amnestii”, zasłużyła się w ratowaniu dzieci przed analfabetyzmem w kołchozie Biełoje (rejon mamlucki, obwód północnokazachstański). Po latach tak o tym napisała:
„Z braku zeszytów do pisania, dzieci wykupywały w miejscowym (łarku) sklepiku broszurki polityczne Stalina i tych używały do pisania. Każdy skrawek niezadrukowany pokrywały niezgrabnymi kulfonami liter, z braku linijek – krzywych i koślawych. Nie chodziło mnie o kaligraficzny kształt liter, ale o własnoręczne pisanie i samodzielne czytanie. Elementarzem byłam ja sama. Oprócz czytania i pisania uczyłam wierszyków na pamięć, łatwych opowiadań, bajeczek, aby dzieci umiały dobrze władać swoim ojczystym językiem. Opowiadane bajki dzieci ilustrowały rysunkami, zwłaszcza w klasie II, dziecko opisywało rysunek paroma zdaniami. Uczyłam też i rachunków, a lekcje przeplatałam śpiewem, gimnastyką lub zabawą. Dzieci siedziały dookoła dużego stołu na ławach i nogi zwisały im w powietrzu, dlatego często stosowałam ćwiczenia gimnastyczne. Tablicę na naszych lekcjach zastępował duży okrągły piec, pokryty czarną blachą, na której doskonale pisało się kredą, a ścierało zwilżoną szmatką. W klasie II i III mieliśmy jedną czytankę, która służyła do uczenia się tekstów lub wyjątków i wierszyków, jako też do czytania. W ten sposób dzieci miały czas zajęty i przeplatany zabawami lub śpiewem. [...] Potem odmawiali modlitwę i siadali do jedzenia.
(…)
Wileński nauczyciel Henryk Piekarski, zwolniony z „Karłagu”, zorganizował w styczniu 1942 r. w polskiej stołówce w Kustanaju polską „szkołę”:
„Przed obiadem i później, po uprzątnięciu talerzy, zbierały się dzieci i uczyły się. Nie trzeba było tych dzieci do nauki polskiej zachęcać. Powrót do książki polskiej, od której oderwało je wygnanie syberyjskie, był powrotem do normalnego życia, brutalnie przerwanego przed dwoma laty. Trochę książek też się znalazło w tłumokach dziecinnych, przechowywanych w długiej tułaczce z domu na Syberię i później [...]. Same dzieci i biedne matki dźwigały te podręczniki polskie na własnych barkach, chociaż na pewno mogły zamiast tych ciężkich papierów zabrać coś praktyczniejszego. Skompletowałem kilka klas szkoły powszechnej i dwie klasy gimnazjum. Znaleźli się nauczyciele i nauczycielki. Brakowało natomiast jakichkolwiek zeszytów. Papier był towarem »deficytowym«. [...] Po paru dniach zauważyłem, że dzieci na czymś notują. Były to broszury sowieckie i nawet grubsze książki, jak np. życiorysy Stalina lub Lenina, sprawozdania z piatiletok [planów pięcioletnich – A.G.] itp. Książki były wydane suto, z dużym marginesem, z białymi kartkami na początku i na końcu, a odwrotne strony portretów wodzów rewolucji także doskonale nadawały się do polskiego dyktanda lub rachunków. Kupić te książki można było za kilka kopiejek w magazynach sowieckich”.
(…)
Mimo określonego przesłania ideowego, programy na­uczania i podręczniki szkolne nie mogły skutecznie przy­służyć się sowietyzacji i komunistycznej indoktrynacji uczniów. Zarówno bowiem oni sami, jak i ich rodziny oraz nauczyciele, wbrew sobie uwikłani w ówczesne wydarzenia wojenne i polityczne, zbyt boleśnie doświadczyli „dobro­dziejstw realnego socjalizmu”, aby dać się przekonać do idei ustroju „sprawiedliwości społecznej”, aby bezkrytycznie za­akceptować wszystkie treści narzucone im w procesie dy­daktycznym przez komunistów.

Prof. Albin Głowacki – polski historyk związany z Uniwersytetem Łódzkim, wysokiej klasy ekspert w sprawach sowieckich represji. Autor ponad trzystu publikacji. Członek Międzynarodowego Komitetu Naukowego „European memories of the GULAG”. Stale współpracuje z Ośrodkiem KARTA, był członkiem Rady Naukowej „Indeksu Represjonowanych”, Komisji Historycznej Zarządu Oddziału Wojewódzkiego Związku Sybiraków w Łodzi. Współtworzy redakcję rocznika „My, Sybiracy”, na którego łamach zamieszczał opracowania naukowe oraz cykl zatytułowany „Kartoteka relacji sybirackich”. Były przewodniczący Okręgowej Komisji Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Łodzi. Ekspert Polsko-Rosyjskiej Grupy ds. Trudnych. Wielokrotnie nagradzany i wyróżniany: odznaczony Srebrnym Krzyżem Zasługi, Medalem Złotym „Za Długoletnią Służbę”, Medalem Komisji Edukacji Narodowej, Medalem „Pro Memoria”, Odznaką Honorową Sybiraka, odznaką „Za zasługi dla Instytutu Pamięci Narodowej” i in.

Tagi:

Więcej informacji
Radio Znad Wilii


Radio ZW FUN


Radar Wileński – Poinformuj nas!