Kultura i Historia
PAP

80 lat temu urodził się Janusz Głowacki – prozaik, dramaturg, scenarzysta filmowy

Janusz Głowacki - dramaturg, scenarzysta filmowy, 13 września obchodziłby 80. urodziny. Autor m.in. powieści „Moc truchleje” i dramatu „Antygona w Nowym Jorku” zmarł 19 sierpnia 2017 r. W październiku ukaże się jego ostatnia książka „Bezsenność w czasie karnawału”.

Janusz Głowacki, zwany popularnie „Głową”, zaczynał jako prozaik. Prócz tego przez wiele lat uprawiał felietonistykę, pisywał scenariusze filmowe. Choć w każdej z tych dyscyplin osiągnął sukcesy, największą sławę i międzynarodowe laury zdobył jako dramaturg.

Urodził się 13 września 1938 r. w Poznaniu. Studiował historię na Uniwersytecie Warszawskim, ale przeniósł się na wydział aktorski Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej. Wyrzucony za „brak zdolności i cynizm”, jak oceniał po latach w autobiograficznej książce „Z głowy”, wrócił na UW i w 1961 r. ukończył filologię polską.

„Pewnie taki charakter; Grecy uważali, że charakter to przeznaczenie. Podobno już jako chłopiec uśmiechałem się krzywo. Przez to uznano mnie w szkole za cynika i nawet nie namawiano, żebym się zapisał do Związku Młodzieży Polskiej” – wspominał Głowacki w 2004 r., w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej”.

Swój pierwszy tekst prozatorski – opowiadanie „Na plaży”, które określał jako „historię o kimś, kto się utopił, ale wesoło napisaną” – opublikował w 1960 r. w „Almanachu Młodych”. Cztery lata później znalazł się w zespole redakcyjnym „Kultury”. Tam, w latach 1964-81, ukazywały się jego felietony i opowiadania, które złożyły się potem na m.in. zbiory: „W nocy gorzej widać”, „Wirówka nonsensu”, „My Sweet Raskolnikow”. Pewien wpływ na kształtowanie się osobowości Głowackiego miał Janusz Wilhelmi, osławiony redaktor naczelny „Kultury”.

„Ja wtedy zaczynałem pisać i myślę, że Wilhelmi traktował mnie trochę jak najzdolniejszego ucznia. Miał do mnie słabość, a ja słuchałem z otwartymi ustami jego porad: takich właśnie, żebym nigdy nie ufał swoim pierwszym reakcjom, bo mogą być uczciwe, albo że nie należy zbyt daleko odchodzić od moralności, bo to się na dłuższa metę nie opłaca” – opowiadał Głowacki.

Jako felietonista wypracował sobie charakterystyczną stylistykę i własną, przewrotną strategię walki z cenzurą. Pisząc o „Ulissesie”, zestawił książkę Jamesa Joyce’a z trzeciorzędną powieścią – napisaną na polityczne zamówienie po Marcu 68 – „Głupia sprawa” Stanisława Ryszarda Dobrowolskiego, wychwalając zalety tej ostatniej, a krytykując dzieło Irlandczyka.

Szekspirowi Głowacki zarzucał pesymizm, czarnowidztwo i niedostrzeganie osiągnięć, chwalił natomiast Attylę za „zdrowy stosunek do zdegenerowanej sztuki rzymskiej”. „Cenzura była skołowana. Część czytelników też” – wspominał pisarz, który określał narratora tych felietonów jako „osobę cokolwiek ograniczoną umysłowo, ale zaangażowaną po właściwej stronie”.

W opowiadaniach Głowacki opisywał świat ówczesnych elit, artystyczną śmietankę, bywalców literackich kawiarni. Materiał literacki zbierał, bywając m.in. w sławnym SPATiF-ie, Hybrydach i pobliskim barze Przechodnim. Pijał z Hłaską, Andrzejewskim i Himilsbachem.

W latach 60. i 70. stał się postacią popularną i powszechnie rozpoznawalną, bohaterem licznych anegdot towarzyskich. Odnosił także sukcesy w świecie filmu. Swoją relację z X Muzą zacieśniał najpierw na planie filmu Kazimierza Karabasza „Rok Franka W.”, potem – w 1969 roku – Andrzej Wajda sfilmował jego nowelę „Polowanie na muchy”. Rok później na ekrany wszedł „Rejs”, jeden z najoryginalniejszych i najzabawniejszych filmów polskich, do którego Głowacki napisał scenariusz wraz z reżyserem Markiem Piwowskim.

Debiut dramaturgiczny Janusza Głowackiego przypadł na rok 1972, kiedy Studencki Teatr Satyryków przeniósł na scenę jego „Cudzołóstwo ukarane”. Teksty Głowackiego często gościły na deskach polskich scen teatralnych oraz w Teatrze TV – w 1975 r. zrealizowano „Dzień słodkiej śmierci” (Teatr TV), w 1976 r. „Obciach”, w 1977 r. – „Mecz” (Teatr Powszechny, Warszawa) oraz „Wizytę” (Teatr TV), a w 1979 r. „Kopciucha” (Teatr Współczesny, Szczecin).

W sierpniu 1980 roku, w czasie strajku w Stoczni Gdańskiej, który doprowadził do utworzenia „Solidarności”, Głowacki spędził kilka tygodni wśród uczestników protestu. Efektem tych doświadczeń była powieść „Moc truchleje”, napisana z punktu widzenia prostego robotnika, który nieświadomie zostaje uwikłany we współpracę ze służbami specjalnymi. Utwór, zatrzymany przez cenzurę, ukazał się w 1981 roku w wydawnictwie podziemnym Krąg, a następnie we Francji, w Anglii, Niemczech, Szwajcarii, Turcji, Grecji i Stanach Zjednoczonych.

Na początku grudnia 1981 r. Głowacki wyjechał z Polski na premierę „Kopciucha” w londyńskim Royal Courts Theatre. „Do Londynu wyjechałem na tydzień. A tu stan wojenny i się zostałem na emigranta. Potem Nowy Jork, bo jak już emigrować, to tam. Do Polski przyjechałem po ośmiu latach. Potem wróciłem do USA i tak się huśtam nad oceanem” – wspominał Głowacki.

W USA znalazł się po czterdziestce, bez pieniędzy, bez zawodu i z marną angielszczyzną. W książce „Z głowy” wspomina, jak całymi miesiącami krążył po biurach producentów i redakcjach z maszynopisami i plikiem londyńskich recenzji w ręku.

„Nic nie robi tak dobrze pisarzowi jak upokorzenie, nie jest łatwo przyznać się do klęski i do tego, że nikt nas nie chce” – wspomina Głowacki początki kariery w Nowym Jorku. Złą passę udało mu się przełamać dzięki dramatowi „Polowanie na karaluchy”, o parze polskich emigrantów przegadujących bezsenne noce w najbiedniejszej części Manhattanu, wyreżyserowanym przez Arthura Penna w Manhattan Theatre Club w 1986 roku. Sztuka zebrała znakomite recenzje i do dziś jest wystawiana w teatrach całego świata.

Powodzenie zyskały także kolejne dramaty Głowackiego: „Antygona w Nowym Jorku” (1992) o trójce bezdomnych – Polaku, Rosjaninie i Portorykance przeżywających chwile nadziei i rozpaczy w nowojorskim Tompkins Square Park, czy nawiązująca do Czechowa „Czwarta siostra” (2001). Pisarz wydał też kolejne tomy prozy: „Ostatni cieć” (2001), „Jak być kochanym” (2005), „Good night Dżerzi” (2010).

Autobiograficzno-wspomnieniową książką Głowackiego jest „Z głowy”, która ukazała się w 2004 roku. Zdaniem Janusz R. Kowalczyka – redaktora portalu culture.pl – autoportret pisarza, jaki wyłania się z tej książki, jest zaprzeczeniem obiegowych sądów o Głowackim jako prześmiewcy, który dystansował się od świata groteską oraz ironią. „Owszem, sam lubi podkreślać, że w zrobieniu światowej kariery pomógł mu generał Jaruzelski, wprowadzając stan wojenny w Polsce, przez co ułatwił mu decyzję pozostania na Zachodzie. Cała reszta – międzynarodowe uznanie i sukcesy – była jednak pochodną jego talentu popartego tytaniczną pracą” – napisał Kowalczyk.

„Z głowy” to jedno z najciekawszych świadectw pisarskich, na jakie polska literatura zdobyła się po II wojnie światowej. Jest intrygującym dopełnieniem wcześniejszych dokonań tego typu: „Pięknych dwudziestoletnich” Marka Hłaski czy „Kalendarza i klepsydry” Tadeusza Konwickiego. Z prestidigitatorską zręcznością zmienia Głowacki tematy swoich eseistycznych miniatur, żeby czytelnik nie miał prawa się znużyć, włączając w to wątki niekoniecznie popularne, jak swój dobrowolny udział w uroczystościach „odsłonięcia w Jedwabnem pomnika pomordowanych przez Polaków Żydów, przy mniej lub bardziej zachęcającej asyście Niemców” – dodał Kowalczyk.

W 2013 r. na ekrany kin weszła ostatnia część tryptyku Andrzej Wajdy ze Stocznią Gdańską w tle „Wałęsa. Człowiek z nadziei”, do której Głowacki był scenarzystą. Praca nad filmem zaowocowała także wydaniem książki Głowackiego „Przyszłem. Czyli jak pisałem scenariusz o Lechu Wałęsie dla Andrzeja Wajdy”. Pisarz tłumaczył potem w jednej ze swoich rozmów z PAP, że to efekt „litości do parunastu scen i pomysłów konstrukcyjnych, które do filmu nie weszły. Żeby nie zginęły na zawsze”.

„Ponieważ jestem próżny, wierzyłem, że Andrzej wie, jak ja piszę. Od razu też powiedziałem, że nie umiem napisać pomnika ani kapliczki. I Wajda obiecał, że nie ma takich planów. Chciałem, żeby w opowieści o sukcesie Wałęsy było jak najwięcej tajemnicy, dramatu, strachu, rzeczy niejednoznacznych, tak zwanych „zmyśleń prawdziwych” – to znaczy rzeczy, które nawet jak się nie zdarzyły, to powinny się zdarzyć. (…) Trochę takich scen i dialogów w filmie zostało” – mówił.

Głowacki był laureatem prestiżowych nagród literackich, m.in. American Theatre Critics Association Award, John. S. Guggenheim Award, Hollywood Drama-Logue Critics Award i National Endowment for the Arts. W 2005 r. otrzymał Nagrodę Ministra Kultury w dziedzinie literatury, a w 2011 r. został laureatem Nagrody Literackiej m.st. Warszawy – otrzymał nagrodę główną w kategorii „Warszawski twórca”. Prócz tego został odznaczony m.in. Złotym Medalem Zasłużony Kulturze – Gloria Artis (2005) oraz Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski (2014).

W 2013 roku Głowackiego uhonorowano także tablicą w oświęcimskiej Alei Pisarzy. Na tablicy znalazł się cytat, który zaproponował sam pisarz: „Nic tak nie dobrze robi mi na pisanie, jak upokorzenie”.

17 października ukaże się „Bezsenność w czasie karnawału” (W.A.B.) – ostatnia książka Janusza Głowackiego. To nawiązujące formą do „Z głowy” prozatorskie zapiski Głowackiego, nad którymi pracował równolegle z tworzeniem scenariusza do filmu „Zimna wojna” Pawła Pawlikowskiego

Janusz Głowacki zmarł 19 sierpnia 2017 roku.

Tagi:

Więcej informacji
Radio Znad Wilii


Radio ZW FUN


Radar Wileński – Poinformuj nas!